Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 272 171 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS

Jak się zaczęło to co trwa mimo wiatru w butach ....

piątek, 15 maja 2009 20:19
Skocz do komentarzy
57 km tyle właśnie kilometrów pokonałem na "treningach" w 2004 roku.
Tyle kilometrów w tym roku zapisanych zostało w terminarzu czy notatniku wraz z objaśnieniami.
Kilka treningow w miesiącu Listopadzie i Grudniu - zdecydowałem się na nie z myślą o zrzuceniu kilku zbędnych kilogramów i połykałem powoli bakcyla biegania.
Mój cel to pozbyć się 15 kg i przebiegniecie maratonu do października 2006.
Nie wszystko się jednak udało...
___________________________________________________________________________________

500 km - Jest już styczeń 2005 ( mój opis będzie nie kompletny i nie będzie ścisły z uwagi na pożarcie przez Okna Microsoft danych z dziennika biegowego) od dwóch miesięcy zmagam się z treningiem i chorobami powstałymi z przetrenowania czyli bezmyślnego wierzenia, że w miesiąc można stać się maratończykiem.
Nie można. A przynajmniej nie takim jakim ja chcę zostać.
W styczniu skupiłem się na poznawaniu i tworzeniu tras i lekkich treningach. Najwięcej w ciągu jednego treningu przebiegłem 16 km i był to dla mnie olbrzymi sukces. W czasie wolnym od treningów i pracy buszowałem po stronach internetowach w poszukiwaniu porad i wskazówek jak urozmaicić swój trening ( teraz wiem, że pewna wiedza przychodzi sama z czasem), zakupiłem książkę Dariusza Sidora "Ukończyć maraton" i do dziś czerpię z niej wiedzę. Jest przewertowana na wszelkie sposoby i niedługo będę musiał ją chyba zszyć.
Ten pierwszy miesiąc 2005 roku napawał mnie optymizmem, rozpocząłem wiele ciekawych projektów, które przez poprzednie lata odstawiałem do "szafy" teraz wraz ze sportem nadchodziła szansa na ich realizacje. To prawda, że im masz więcej zajęć tym potrafisz lepiej zagospodarować swój czas. Zająłem się kręceniem filmu dokumentalnego o ludziach którzy mnie otaczają, postanowiłem złożyć i wydać tomik poezji, którą amatorsko bo nie za pieniądze się param i co najważniejsze wraz z Mi Amore postanowiłem zbudować dom...

Luty i Marzec 2005 roku przebiegł na systematycznych, ale nie bardzo intensywnych treningach, głównie na wybieganiu i zmaganiu się ze śniegiem i lodem, a czasem i z siłowym pokonywaniem zasp. Jeden z ciekawszych treningów odbyłem na stadionie Górnik 06 ( nazwa od daty powstania 1906r.)w Mysłowicach - przepraszam - na boisku - nie odśnieżone 300-350 metrowe okrażenie zaliczone 20 razy w śniegu po łydki i kolana, to męczarnia a zarazem świetny wypalcza - wypluwacz. Osobiście polecam od czasu do czasu takie treningi, ale wśrod biegaczy dowiedziałem się, że bieganie po miękkim podłożu powoduje, że mięśnie mniej reagują na wysiłek w porównaniu z powierzchnią np. asfaltową. Na pewno jest w tym dużo prawdy, ale bieganie w śniegu czy cross po lesie to duża frajda. Na szczeście omijały mnie kontuzje i postanowiłem zrobić sprawdzian swoich umiejętności biegowych. Wyznaczyłem sobie rowerowy kilometr ( długość trasy wyznaczyłem wg. licznika na góralu) - trasa był asfaltowa, ale z lekkim podbiegiem x 2 - wykręciłem czas 3.55 - wtedy oznaczało to dla mnie potwierdzenie, że moge trenować dalej, gdyż pokonanie dla mnie bariery 4 minut określało wogóle sens trenowania. Już widzę jak częśc z was się uśmiecha czytając o takich słabych wynikach, ale wiem że część rozumie, że nawet najmniejszy najlichszy sukces cieszy. Wiem, że dla zawodowców lub przyszłych zawodowców moje wyniki są śmiechu warte - ale czerpię wielką przyjemność z biegania.

Jest kwiecień 2005 roku dla Polski jak i dla dużej części mieszkańców świata bedzie to miesiąć znaczący. Wypełniony smutkiem i radością zarazem, trwogą i nadziją. Czas dla każdego chrześcijanina niezapomniany. Dnia 2 kwietnia w wigilię niedzieli Miłosierdzia Bożego o 21.37 zmarł Jan Paweł II.
Każda strata niesie ze sobą smutek, ale również jest dla kogoś pewną radością - posunę się do określenia, że jest dla kogoś zyskiem. Dla mnie była ... Decyzja o przeniesieniu półmaraton w Żywcu z 3 kwietnia na 17-stego z uwagi na narodową żałobę, dała mi możliwość startu w tym biegu. Jeszcze na tydzień przed startem postanowiłem sprawdzić swój stan przygotowania - przebiegłem 5-cio kilometrowy Cross z czasem 24 minuty. Moja granica minimum 5 minut na kilometr została złamana i bez krępacji związanej ze strachem, że nie zmieszczę się w minimum 2,30h mogłem wystartować i wierzyć, że pokonam 21 097 m. Debiutancki start po takiej narodowej tragedii móglbym wzmocnić okrzykiem, że start swój dedykuję Ojcu Świętemu i to on dodawał mi sił w czasie trudnych momentów - mógłbym to zrobić i nikt nie śmiałby mi powiedzieć, że to przesada, że to szarganie imienia papieża. Mógłbym tak zakrzyknąć - ale byłoby to kłamstwo - byłem zbyt przejęty samym startem aby przylepiać sobie maski i naszywki z podobizną ryby. Ważniejsze dla mnie było, że w tym wyjeździe towarzyszył mi moj Tato Roman i przyjaciel Peter, to mi zawdzięczam ukończenie tego biegu, fakt, że swoją obecnością motywowali mnie do biegu. 17 kwietnia o godzinie 7.00 rano byliśmy już na rynku w Żywcu jeszcz na długo przed startem byłem przebrany i rozgrzewałem się podpatrując doświadczonych zawodników i tych wyglądających na zawodowców. Dziwił mnie wiek niektórych zawodników, nie sądziłem, że przed 70-ką można tak sprawnie i tak szybko się poruszać. Powiem szczerze dużo sprawniej niż ja wtedy się poruszałem. Około godziny 9.00 miał wyruszuć tłum biegaczy z rynku i z małym poślizgiem i z jakąś zmianą przy starcie tak się stało. Wystartowałem, po kilku albo kilkunastu minutach opadła nieco adrenalina i mogłem zacząć się zastanawiać jak u diabła uda mi się dobiec do tamy na zalewie ( ok 10 km ) , ale im dłużej biegłem tym biegło mi się lepiej. Cudowne było uczucie gdy ludzie stali na chodniku przed domami, kibicowali, dopingowali do wiekszego wysiłku. Początek trasy to delikatny, ale mozolny podbieg, który ciągnął się przez kilka kilometrów, na szczęście było również kilka prostych i nawet ostrych opadów trasy w stronę jezior żywieckiego. Na 10 km miałem świetny czas ( jak na moje możliwości) 53 minuty, power w nogach i dużo satysfakcji mijając kolejnych zawodników. Przyroda jednak nie była dla mnie taka łaskawa jak założyłem przed biegiem, skwar stawał się nie do zniesienia ( miałem na sobie bluzę z długim rękawem i długie, ale cienkie leginsy), a kolejne podbiegi zamieniały powietrze w wodę, a potem w smołę - gdyż moje ciało napotykało taki opór jakby rzeczywiscie nastapiła destylacja tlenu i ten skroplił się i zgęstniał. Od tego momentu to nie ja wyprzedzałem, ale mnie wyprzedzali. Zapłacilem tak zwane frycowe...
Biegnąc lub prawie idąc wiedziałem, że tak świetnego wyniku jaki się zapowiadał (np.1:45h) nie będzie, teraz pragnąłem jedynie dobiec, aby nie być ostatnim i tylko dobiec do mety.
Najgorszy był podbieg już na samym końcu - zostało może 4 km, a tu przedemną podbieg-morderca, który ciągnąl się bez końca a u szczytu zaostrzał się jeszcze bardziej. Jednak nie poddałem się i osiągnąłem szczyt, tam napiłem się wody i pełen wiary, że meta już blisko zbiegłem w stronę miasta. Zostało jeszcze ok. 1km o czym nie wiedziałem i każde 10 metrów wydawało się ciągnąć w nieskończoność, jeszcze na podbiegu wyprzedzili mnie Marzena Rzeszótko i Szymon Pitry chciałem ich dogonić, ale dystans się nie zmniejszył, biegłem już bez sił. Dopiero na 20 metrów przed metą gdy zobaczyłem końcową linie złapałem ostatni mocniejszy powiew wiatru i jak zwycięzca własnych słabosci wbiegłem na metę - witany przez Mariana Górskiego, wg. mnie Pirat jak malowany - super dziękuję Panu.
Czułem się tak wspaniale gdy otrzymywałem medal, że nie w głowie mi było myśleć o obtarciach i zmęczeniu - wiem, że zakochałem się w bieganiu i już tego nie odpuszczę.
Na mecie przywitał mnie Tato, byłem zmęczony i szczęśliwy i wiem, że w tym momencie był ze mnie dumny. Niezwykłe, że nie pamietam prawie nic z trasy biegowej, a pamiętam dokladnie całą sytuację na mecie, ale o tym może później ...
Podziel się
oceń
0
0


Komentarze do wpisu

Skocz do dodawania komentarzy

Zapamiętaj Nick

Zapamiętaj Blog

Wstaw emotikona

Akceptuję regulamin i zobowiązuję się do przestrzegania jego postanowień.

sobota, 18 listopada 2017

Licznik odwiedzin:  8 535  

Kalendarz

« listopad »
pn wt śr cz pt sb nd
  0102030405
06070809101112
13141516171819
20212223242526
27282930   

Archiwum

O mnie

Urodzeni w 3 dekadzie są pod dodatkowym wpływem Uranu. Planeta ta obdarza swoich podopiecznych dużą wyobraźnią i idealizmem. Zdaniem astrologów, osoby z trzeciej dekady są najbardziej interesujące i niebanalne z całego znaku K.. Trudno przewidzieć, kiedy osoby działające dotąd logicznie i racjonalnie, wyrwą się spod własnej kontroli i zaczną burzyć dotychczasowy ład. Poprzez niszczenie istniejących struktur i więzi zyskują nowe wartości duchowe i zaczynają wszystko od początku. Wśród K. z tej dekady rodzi się wielu artystów, którzy twórcze niepokoje i wyobcowanie przenoszą na wytwory sztuki. Również z tej dekady wywodzi się liczne grono słynnych myślicieli, filozofów i teologów, gdyż zamknięte w sobie i głęboko wrażliwe K. przejawiają skłonności do abstrakcyjnych spekulacji myślowych i mistycyzmu. Potrafią też czasem zaskakiwać otoczenie nietypowym zachowaniem, oryginalnymi pomysłami, gustami i zajęciami. Niekiedy jest to zachowanie wręcz szokujące, które należy traktować jako wyraz buntu przeciw smutkowi egzystencji. Mimo że K. z tej dekady cechuje wiele odmienności, jednak pozostają one nieodrodnymi dziećmi swojego znaku. Są ambitne, wytrwałe, sumienne i skrupulatne. Każdy podjęty zamiar realizują konsekwentnie z uporem. Mają silne rozwinięte poczucie indywidualności i niezależności, a także skłonności samotnicze. Ta skłonność do izolacji powoduje, że chociaż są głęboko uczuciowe, pozostają często samotne z wyboru lub ze strachu. Potrafią jednak kochać głęboko i wiernie, choć niezwykle trudno jest im okazać swoje uczucia. W trzeciej dekadzie Koziorożca urodzili się m.in.:
Jack London – pisarz, Janusz Kusociński – lekkoatleta, Cassius Clay (Mohammad Ali) – bokser, Paul Cezanne - malarz

O moim bloogu

Niemożliwe to tylko wielkie słowo rzucone na wiatr przez maluczkich, którzy godzą się z naturalną koleją rzeczy, zamiast wykrzesać siły i ją zmienić. Niemożliwe to nie deklaracja. Niemożliwe to nie fa...

więcej...

Niemożliwe to tylko wielkie słowo rzucone na wiatr przez maluczkich, którzy godzą się z naturalną koleją rzeczy, zamiast wykrzesać siły i ją zmienić. Niemożliwe to nie deklaracja. Niemożliwe to nie fakt. To jedynie opinia. Niemożliwe to potencjał możliwości. To wyzwanie. Niemożliwe nie istnieje. Człowiek, który wypowiedział te słowa zakasał rękawy i począł oczyszczać rzekę z nieczystości, które przyniosło miasto, wydawać by się mogło, że wersy jak u Wojskiego brzmieć będą długo i echo ich daleko jeszcze bedzie pobrzmiewać. Nic bardziej mylnego. Z obłedu odsiać Słowa, Wersy i w drogę ...

schowaj...

Głosuj na bloog






zobacz wyniki

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

Statystyki

Odwiedziny: 8535

Lubię to