Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 202 621 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS

Zdjęcia w galeriach.


Dzień Dziecka po 30-stce

wtorek, 09 czerwca 2009 14:21

Jeszcze przed dniem Dziecka tj. 31.05 otrzymałem wspaniały prezent, nie wiem czy na niego zasługiwałem, bo w tym roku skończyłem 31 lat, ale w końcu każdy jest czyimś dzieckiem, więc jakoś się załapałem. Mianowicie zostałem zaproszony -  wraz z siostrą na musical „Oliver!" Lionel'a Bart'a w reżyserii Magdaleny Piekorz.

W Chorzowskim Teatrze Rozrywki byłem ostatnio kilka lat temu, choć znam jego repertuar nie znajdywałem w sobie na tyle chęć, aby go odwiedzić - to poważny błąd. Przekonałem się o tym już przed teatrem gdzie od razu zauważyłem reżyserkę musicalu Magdalenę Piekorz, czekająca jak „zwykły" widz z biletami w ręku. Gdybym miał na tyle tupetu, którego w takich chwilach mi brakuję na pewno miałbym miła pamiątkę w postaci wspólnego zdjęcia. Panią Magdę znam ( używam tego pojęcia, choć powinienem napisać widuję lub zauważam) z dwóch filmów „Pręgi", który wywarł na mnie olbrzymie wrażenie ze względu na świetnie opowiedzianą historie młodego człowieka Wojciecha ( M. Żebrowski), który poniżany i bity w młodości przez Ojca (J.Frycz) w dorosłym życiu ma problemy ze swą tożsamością w grupie, z okazywaniem uczuć, jest samotny i zamknięty w sobie. Dopiero bezinteresowna miłość Tani (A.Grochowska) daje nadzieje, że Wojtek odnajdzie się jako człowiek. Film piękny, warty obejrzenia i zastanowienia się nad jego przesłaniem, które myślę, że dla każdego jest nieco inne. Dla mnie to świadomość, że wszystko, co robimy w życiu ma jakieś znaczenie, niczego nie robimy tylko dla siebie, każde nasze działanie jest odebrane przez kogoś dziś lub w przyszłości. W życiu, w którym wszystko płynie robimy wyrwy w brzegu, które czas zapewne kiedyś wygładzi ale teraz są widoczne i w naszej pamięci zapadają na długi lata. Po „Pręgach" przyszedł czas na „Senność", ale tego filmu nie widziałem, mam tę zaległość nadrobić na DVD, bo film jest już w sprzedaży, więc nie będę o nim ściemniał.

Ciekawostka, o której wiedzą chyba tylko bywalcy kina Światowid w Katowicach - Magdalena Piekorz ma tam swój fotel. Jest to studyjne kino, w którym zobaczyć można perełki światowego i europejskiego kina, filmy, których nie zobaczymy w żadnym multipleksie, a po Sali nie rozchodzi się zapach popcornu. Krótka nota filmograficzna była niczym więcej jak przydługawym wtrąceniem, od którego się odtrącam i wracam do wątku przewodniego - jakim jest Oliver.

 

            Londyńska premiera tego musicalu odbyła się w 1960 roku, a trzy lata później Oliver podbił Broadway, stając się pierwszym brytyjskim musicalem, w którym zakochali się amerykanie i który zmienił oblicze gatunku. W kilku słowach fabuła tej Dickensowskiej powieści jest „wenezuelska" oto poznajemy małego chłopca w domu dziecka a właściwie w przytułku, z którego zostaje sprzedany do rodziny grabarzy stamtąd ucieka i trafia do ulicznych złodziejaszków. Wszystkie postacie są charakterystyczne wręcz groteskowe, ale to nadaje barwności przedstawieniu. W poprzednich inscenizacja w rolach dziecięcych błyszczały późniejsze gwiazdy jak:  Phil Collins ( Genesis), Davy Jones ( The Monkes). „Oliver" został wyróżniony nagrodą Tony za najlepszą muzykę i scenariusz, a w roku 1968 Carol Reed wyreżyserował film, który otrzymał 11 nominacji do Oskara i zwyciężył w 5-cu, za najlepszy film, reżyserię, muzykę, scenografię i dźwięk, oraz Oskarem specjalnym za choreografię. Dopiero po 34 latach następny musical został nagrodzony Oskarem i było to „Chicago" J.Kandera i F. Ebba.

            A wracając do chorzowskiej inscenizacji - za przekład odpowiedzialny był Daniel Wyszogrodzki (kierownik Literacki warszawskiej Romy, autor m.in. „Satysfakcja - The Rolling Stones"), za choreografie Jacek Badurek, scenografia Marcel Sławiński, Katarzyna Sobańska, kostiumy Dorota Roqueplo, kierownictwo muzyczne Jerzy Jarosik, przygotowanie wokalne obsady dziecięcej Ewa Zug.

            Zajęcie miejsca wśród setki widzów i pierwsze spojrzenie na dekoracje, którą widać było jeszcze przed podniesieniem kurtyny, ciekawe rozwiązania scenograficzne i usadowiona niedaleko orkiestra robiły niesamowite wrażenie. Efekt spotęgowała pierwsza scena, w której dowiadujemy się jak Oliver trafił do przytułku. Potem kolejne sceny przeplatają się ze sobą dynamicznie, nie ma dłużyzn, a sceny wokalne zarówno zbiorowe dziecięce, jaki solistów robią duże wrażenie i nie drażnią jak często się zdarza w musicalach - aktorzeniem. W pierwszych scenach poznajemy Olivera ( Piotr Janusz - naprawdę fajna rola), jego „współwięźniów" oraz szefostwo Przytułku Panią Corney ( Elżbieta Okupska - jak zawsze świetna, promienna i powalająca profesjonalizmem) i jej absztyfikanta Pana Buble Jacenty Jędrusik

( postać zabawna i zagrana z przymrużeniem oka, najlepsi są razem z E.Okupską w swoich wspólnych scenach). Po zmianie scenografii, która - będę to powtarzał - zrobiła na mnie piorunujące wrażenie, na szczególną uwagę zasługuję małżeństwo Pogrzebników / Grabarzy Państwa Soweberry ( Mirosław Książek i Aleksandra Zawalska - oboje świetnie śpiewają i trzymają się konwencji musicalu, nieco groteskowi pasują idealnie do swoich ról). Natomiast drażnił mnie nieco, ale sam nie wiem, czemu Krzysztof Knurek grający postać Noe - z tego, co o nim czytałem jest niezwykle utalentowany i postaram się zobaczyć jego inne rolę - tu mnie nie zachwycił, ale może dlatego, że występował w scenie z Olivierem i Karolką (Emilia Majcherczyk), która wprost przeciwnie podobała mi się bardzo i jestem zaskoczony, że nie jest aktorką, mam nadzieję, że będzie częściej dostawać propozycje aktorsko-wokalne bo warto. Nim poznamy bandę złodziejaszków, do których zostanie wcielony, Olivier warto wspomnieć o fantastycznych tancerzach i bardzo dobrej choreografii, dzięki nim wszystkie partie taneczne przebiegają w iście „youcandanceowym" tempie i rozmachem. Druga część musicalu jest jeszcze bardziej dynamiczna i ciekawsza ( w końcu jak to powiedział Hitchcock „Nic tak nie ożywia filmu jak trup) na pierwszy plan wchodzi Fagin (Tomasz Steciuk - robi duże wrażenie swoim śpiewem i grą aktorską na wysokim poziomie), oraz jego pomocnik Szelma ( Roger Karwinski - znany z Niani, na początku coś mi w nim nie pasowała, ale potem się rozkręcił i nie wyobrażam sobie innego Szelmy) i rozkręcają musical przenosząc go to z jednej to do drugiej scenografii przy idealnie dopasowanej muzyce. To, co mnie ujęło to profesjonalizm dzieci występujących w tym przedstawieniu mimo kilku wpadek, które dało się zauważyć - choć były dobrze ograne, młodzi aktorzy grali z taką werwą i siłą, że nie można było ich nie podziwiać i nie brać z nich przykładu. Jeszcze dwie postacie pojawiają się w tym musicalu na które warto zwrócić uwagę, to nieszczęśliwie zakochana Betinka (Marta Florek) i obiekt tej miłości, morderca i złodziej -w ogóle jedyna postać, której nie dało się polubić Bill Sikes (Witold Szulc). Oboje w tych rolach są wiarygodni i pełni pasji.

Publiczność podziękowała owacją na stojąco, a uśmiechnięta Magdalena Piekorz po obejrzeniu spektaklu znikła za kulisami zapewne z gratulacjami dla ekipy.

Byliśmy z siostrą bardzo zadowolenie z prezentu i obiecaliśmy sobie częściej odwiedzać teatr, a ten w Chorzowie w szczególności.

Bardzo ci dziękuję kochana Mamo za prezent.       

  

 

 
 


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (7) | dodaj komentarz

Trasy Biegowe w Mysłowicach - Janów Miejski

piątek, 29 maja 2009 17:35

 

Udało mi się wreszcie ukończyć mapkę z trasą biegową z okolic Janowa Miejskiego dzielnica Mysłowic. W legendzie dość mam nadzieje czytelnie rozpisane kilometry oraz 3 wstępne treningi na podanej trasie. Do zrobienia pozostały mi zdjęcia tej trasy, które systematycznie będę robił i w czerwcu powinny wszystkie się pojawić na blogu. Dodatkowo pozostało kilka ciekawych ścieżek do opisania, ale to powinienem poprawić już w przyszłym tygodniu. W przygotowaniu są trasy biegowe z dzielnicy Ćmok i Morgi - mapki powinny się pokazać już w II połowie czerwca a zdjęcia koniec lipca początek Czerwca.

 

 Legenda do Mapki nr 1                   

Pełne kółko - 2,18 km
Ulica Batorego przez A,B,C,T - 2,41 km
Ulica Batorego przez A,B,C,D,P - 2,20 km
Ulica Batorego przez A,B,C,P - 1,70 km
Podbieg = 100 m 

Mój Start
 do ulicy Batorego                     0,59 km
Od ulicy Batorego do Kółka A                   0,68 km
A do B w prawo do zakrętu                     0,31 km
B do rozwidlenia C                                 0,13 km
C do podbiegów podbiegu                       0,58 km                     
C do ul. Strumiennej D                           0,64 km
D do ul. E ścieżka w lewo                       0,25 km
E do skrótu A                                       0,44 km
E do torów T                                        0,62 km
T do A                                                0,45 km
T do skrzyżowania na podbiegu P             0,21 km
D do S skrzyżowania przy torach             0,60 km
S do P                                                0,62 km
T do CD (czerwony znak na drzewie)        0,22 km
 

 

 Legenda do Mapki nr 2

D do S skrzyżowania przy torach                    0,60 km
S do P                                                       0,62 km
S do PS podbiegi przy Torach                         0,90 km
PS podbiegi 110 m
PS do SC do schodów                                   0,13 km
Schody to 19m kąt nachylenia około 45 stopni, 50 schodów
SC kółko do schodów wzdłuż drogi                   0,44 km
PS do R wzdłuż szybu węgla                           0,82 km
R podbieg od drzwi po lewej do końca 130m
R do R1                                                       0,44 km
R1 do ul. Leśna                                             0,35 km
Od ul. Leśna do S                                          0,58 km 

Proponowane Treningi - start od ulicy Batorego:

  1. Fartelek 8km - inaczej zabawa biegowa sam wyznaczasz tempo, a w niektórych miejscach przyspieszenie.

Start ul. Batorego, pod wiaduktem i dobiegamy do kółka kierujemy się w prawo, aż do zakrętu w lewo i dalej leśną ścieżką trzymając się prawej strony dobiegamy do ulicy Strumiennej tu ostro w lewo i przyspieszenie jakieś 100-200 metrów. Dobiegamy do skrzyżowania na podbiegu skręcamy w prawo i dalej w dół polną ścieżką, aż do skrzyżowania S gdzie skręcamy w prawo i biegniemy w dół w stronę rzeki i wzdłuż jej brzegu, mijając stadninę dobiegamy ponownie do ul.Strumiennej ( 3,4 km) to skręcamy w lewo i trzymając się tej strony ścieżki biegniemy aż do punktu A czyli początek koła; (jeśli koło ma początek) dalej w stronę torów, a przed nimi w prawo i w dół ul.Strumienną aż do stadniny i rzeki przed którą skręcamy w lewo i biegniemy trasą już nam znaną tylko w odwrotnym kierunku. W górę do S, potem w lewo od podbiegów i prosto, aż do skrótu A i znajdziemy się na początku kółka (7,2km) i powrót do ul. Batorego prawie 8 km (7,9-8 km).

2. Siła Biegowa 11 km- wersja Podbiegi w kilku seriach

Start ul. Batorego, pod wiaduktem i dobiegamy do kółka kierujemy się w prawo, aż do zakrętu w lewo i dalej leśną ścieżką trzymając się prawej strony dobiegamy do ulicy Strumiennej tu ostro w lewo i prosto aż pod podbiegi - Zaczynamy serie 1. od drzewa zaznaczonego farbą po prawej stronie aż na sam szczyt do kolejnego zaznaczonego drzewa podbieg to 110m . Seria nr. 1 to 6 podbiegów po szóstym biegniemy dalej aż do początku kółka A i kolejno B i C i tu biegniemy prosto trzymając się prawej strony, biegniemy w dół aż do punktu E, tu skręcamy w lewo i jesteśmy znów przy podbiegach robimy serię 2 - 6 podbiegów, po ostatnim podbiegu odwracamy się i skręcamy na wysokości P (6,51 km) i biegniemy wzdłuż torów aż do S , dalej w prawo w dół i wzdłuż rzeki i stadniny D i do góry w stronę podbiegów i 3 seria 6 podbiegów i powrót w lewo w stronę A i dalej do ul. Batorego. ( 11 km )

3. Siła Biegowa 8,3 km- wersja schody

Start ul. Batorego, pod wiaduktem i dobiegamy do kółka kierujemy się w lewo, przy torach w prawo i zaraz przy podbiegach w lewo i biegniemy wzdłuż torów aż do punktu S tam w lewo na tory i wzdłuż torów biegniemy aż do podbiegów PS (2,86 km). W lewo przez tory kolejowe do schodów ( 2,99 km) i tu propozycja treningów:

  1. 10 podbiegów po jednym schodzie + 5 podbiegów po 2 schody
  2. na zmianę po jednym i po dwa schody
  3. 1 podbieg 1 zbieg, w prawo kółko wokół podbiegów ( 0,73 km)
  4. można spróbować treningu ze skokami żabka lub nawet co 3 stopnie, wg uznania.

Po Schodach biegniemy w stronę PS i tu można biegać podbiegi nr 1 po 130m lub biec dalej; w stronę budki załadunkowej wzdłuż szybu z węglem potem skręcamy w prawo aż przystanku na ulicy leśnej ( 4,73 km), dalej do skrzyżowania S i prosto, aż do podbiegu P i tu w lewo w dół aż do ul. Strumiennej D, w prawo w stronę początku kółka A i do ulicy Batorego. (8,3 km) - odległość bez liczenia podbiegów

 

 

 


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (11) | dodaj komentarz

Katan - hasło w krzyżówce

wtorek, 19 maja 2009 22:34

Wiedziałem do tej pory, że znaczenie mojego nazwiska w zalezności o środowiska, kraju i religii jest niezwykle pojemne i różne.

Miecz Katana - tradycyjny miecz japoński, choć pochodzący z Korei - jednosieczny o długosci powyżej 60 cm. Jego garda (Jelec, Tsuba) ma kształt bogato zdobionej tarczki, zaś rękojeść  wykonana jest z drewna lub miedzi oplecionej jedwabiem i udekorowana.
Więcej ciekawych informacji na ponizszych stronach.
http://www.geocities.com/alchemyst/nihonto.htm
http://www.katana.pl/historia.htm

Talit Katan ( mały talit)

W religii żydowskiej istnieją dwa przedmioty służące do codziennej modlitwy. Są to talit i tefilin.


Talit, zwany też w jidysz "tałes", to chyba najbardziej charakterystyczny element żydowskiego stroju modlitewnego. Jest to biały, prostokątny szal wykonany, dawniej z wełny lub lnu, teraz także z bawełny czy jedwabiu, ozdobiony błękitnymi lub czarnymi pasami. Ważną częścią talitu są cicit (w jidysz "cyces"), podłużne frędzle na czterech rogach szala
(...) Talit, w którym brakuje choćby jednej z cicit jest niekoszerny i nie może być używany.
(...)Rodzajem talitu noszonego na codzień jest talit katan (mały talit). Jest to prostokątny kawałek materiału z wełny bądź lnu z wycięciem pośrodku na głowę oraz z frędzlami cicit na rogach. Podczas gdy zwykły talit zakłada się tylko do porannej modlitwy, talit katan jest noszony przez szczególnie religijnych pod ubraniem, przez cały dzień, tak aby całkowicie wypełnić biblijne przykazanie dotyczące cicit, które mają przypominać o wypełnianiu wszystkich przykazań Tory. Talit katan nosi się tak aby był widoczny, a jeśli nie to przynajmniej cicit muszą być widoczne na zewnątrz. Jeśli talit katan jest noszony pod wierzchnim ubraniem, to nie
może on stykać się bezpośrednio z ciałem.
Flaga dzisiejszego Izraela wzorowana jest na talicie.

Informacje ze strony: http://newsgroups.derkeiler.com/Archive/Soc/soc.culture.polish/2005-09/msg01645.html

Suzuki Katana - najbardziej znany ze skuterów marki Suzuki, produkuję się jeszcze motocykle ścigacze Katana.

Oczywiście Katania :

Katania to spore, bo liczące 340 tysięcy mieszkańców, miasto leżące na wschodnim wybrzeżu, u stóp budzącej strach i podziw Etny. Turyści chętnie "zahaczają" o tę miejscowość, ponieważ leży między innymi, chętnie odwiedzanymi dużymi centrami turystycznymi - Taorminą i Syrakuzami. Chlubą Katanii są wspaniałe, długie, piaszczysto-żwirkowe plaże, otulone wysokimi klifami. Usytuowane na nich hotele oferują sporo rozrywek, które dla amatorów spędzania czasu na plaży organizują zawodowi animatorzy i instruktorzy sportów wodnych. Można tu więc pograć w siatkówkę, wypożyczyć wszelaki sprzęt sportowy czy zamówić sympatyczny rejs statkiem.

Katania powstała ponad 2700 lat temu jako kolonia grecka. Do naszych czasów zachowały się liczne ślady różnych kultur - rzymskiej, arabskiej czy też normandzkiej. Trzeba pamiętać, że nieposkromiona Etna nie szczędziła miastu kataklizmów, ale mimo licznych erupcji, pożarów i trzęsień ziemi Katania nie straciła najważniejszych zabytków. Sporą ich część znajdziesz w jednej z najstarszych dzielnic miasta - Piazza Duomo. Turyści lubujący się w zwiedzaniu historycznych budowli będą zachwyceni swoistą "mozaikowością" obrazu Katanii - tutaj starożytne ruiny intrygująco przeplatają się z bogatymi w zdobienia budynki z baroku. Wśród nich uwagę turystów przyciąga monumentalna katedra i nietypowa fontanna w kształcie słonia, zaprojektowana przez włoskiego artystę, Vaccariniego. Imponująco prezentuje się też wzniesiony w pierwszej połowie XIII wieku na polecenie cesarza Fryderyka XI zamek Ursino. Słynne Ogrody Belliniego zapewnią Ci relaksujący wypoczynek w niezapomnianym miejscu. Przemieszczanie się po mieści ułatwia świetnie rozwinięta komunikacja (głównie kursujące po Katanii i okolicach autobusy linii AMZ).

Wśród wielu wrażeń z pewnością nie można zpomnieć tego, jakie wywierają na turystach mieszkańcy Katanii - ludzie niezwykle gościnni, ceniący tradycję i entuzjastycznie kultywujący sycylijskie święta. Jeśli będziesz mieć szczęście znaleźć się w Katanii w czasie trwającego cały tydzień festiwalu św. Agaty, pewnikiem zaskoczy Cię jego przebieg (jeśli nie doczytasz tego tekstu do końca). Na ulice wychodzą tłumy ludzi w każdym wieku i czekają na pojawienie się olbrzymiej świętej figury, którą ciągnie na wozie malowniczy korowód pięćdziesięciu mężczyzn i chłopców, ubranych obowiązkowo w białe koszule i czarne czapki.

tekst pochodzi ze strony: http://www.sycylia.net/index.php/katania

Katana - to inaczej również kurtka jeans'owa.

Ciekawa osoba to: John Katan (1901-1968) Kanadysjki Zapaśnik, laurat Hall of Fame; na ponizszej stronie pełna biografia Zapaśnika
http://slam.canoe.ca/Slam/Wrestling/ResultsArchive/Wrestlers/katan-john.html

O tym wiedziałem ale zaskoczyło mnie hasło w krzyżowce - Katan - znaczy stary żołnierz, wiarus.

Ciekawe ile można znaleść w internecie przez 10 minut. Co byłoby gdybym szukał dłużej. Np. że według portalu Krewniacy jest w Polsce 186 osób niosących to nazwisko.
 


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (12) | dodaj komentarz

2005 rok cd. Już po Półmaratonie w Żywcu

sobota, 16 maja 2009 9:42
500km cd. - Po starcie w Półmaratonie w Żywcu byłem wykończony, nie trenowałem przez tydzień, może nawet dwa. Dopiero pod koniec kwietnia rozpocząłem normalne treningi których intensywnosć zwiekszyłem w lipcu, dużo biegając po Jurze Krakowsko-Częstochowskiej w okolicach gminy Kroczyce. Moim największym problemem jest waga i systematyczność w uprawianiu sportu. niestety ja mam z tym duże kłopoty. Na początku sierpnia moja waga spadła do 89-91 kg, czułem się dużo lepiej i byłem bardziej pewny siebie. Postanowiłem wystartować w Miedzynarodowym Biegu na 15 km w Jaworznie. Nadal moje plany związane z filmem były możliwe do zrealizowania, pomysł przekształcał się we wstępny treatment, natomiast tomik poezji był na ukończeniu, a wraz z Mi Amore po wzięciu kredytu mieszkalnego, rozpoczynaliśmy budowe domu. Nic nie zapowiadało burzy, która miała nastapić za niespełna kilkanascie dni...

Wracając jeszcze do sceny zapamiętanej z zawodów  w Żywcu - obrazują ją ostatnie obrazy jak opieram się obarierkę, wykończony monstrualnie podchodzi do mnie Tato z kamerą, ja coś mówię, ściągam buty marki chiński DK i na boso z obolałymi stopami idziemy coś zjeść i wypić zimne piwo, czekając na Petera aż dojdzie do nas z trasy. A potem w domu podziwiamy nasze krzywe ściany i obrazy pozawieszane przez Mamę "prawie równo" co wraz z krzywizną ściany tworzy nie zapomniany widok - do którego Peter często wraca rozmawiąc o moim debiucie. To jeden z ważnieszych dni w moim życiu - dzień który niejako mnie uratował i ukierunkował. Wiem, że już nigdy się nie powtórzy. To smutne. Radość jest w tym, że taki dzień wogóle miałem. To wielkie szczęście.

Tak doczłapałem do sierpnia 2005 roku, biegając i odrzucając treningi, dbając o linię i obżerając się na grilowych imprezach.
Od skrajności w skrajność.
Ale na Jaworzno byłem przygotowany dużo lepiej niż na półmaraton w Żywcu.
6 sierpnia wystartowałem w biegu na 15 km, moim celem było przebiegniecie całego dystansu ze średnim czasem 5 min/km - prawie się udało - czas 1.17.19 oznaczał wynik jak na moje mozliwości dobry jednak było to 5.13/kilometr, dla porównania parę miesięcy w Żywcu w swoim debiucie mój wynik oscylował na 5.49/kilometr czyli jest postęp. Jednak nie sam wynik był lepszy, udało się pokonać dużo więcej zawodników i zawodniczek niż w Żywcu, ten start podbudował mnie, doładował baterię.
Wzmocnił na tyle, że coraz więcej czasu spędzałem na budowie, gdzie dom nabierał już ostatecznych kształtów i jeszcze nie było dachu, ale mury już stały. Chyba to właśnie zbyt wiele spraw, które rozpocząłem spowodowały, że po starcie w Jaworznie, moje zacięcie do sportu zmalało, aż wreszcie biegałem od przypadku do przypadku. I koniec roku zamknąłem waga 95 kg i nieco ponad 500 km przebiegnietym dystansem.
Ponownie górę nad moim życiem wzięła moja druga natura, druga twarz.

Należy wierzyć, że tylko wczoraj było łatwym dniem, dziś i jutro stawia przed nami o nieboskłon większe wymagania, poprzeczka dygocze wysoko - trzeba wziąć głeboki oddech i do przodu.

Każdy dzień przynosi nowe możliwości. Wystarczy oddzielić to złe od tego co daje siłę.
Zdanie napisałem w 3s. aby je zrozumieć potrzebowałem 4 lata.

Podziel się
oceń
0
0

komentarze (6) | dodaj komentarz

Jak się zaczęło to co trwa mimo wiatru w butach ....

piątek, 15 maja 2009 20:19
57 km tyle właśnie kilometrów pokonałem na "treningach" w 2004 roku.
Tyle kilometrów w tym roku zapisanych zostało w terminarzu czy notatniku wraz z objaśnieniami.
Kilka treningow w miesiącu Listopadzie i Grudniu - zdecydowałem się na nie z myślą o zrzuceniu kilku zbędnych kilogramów i połykałem powoli bakcyla biegania.
Mój cel to pozbyć się 15 kg i przebiegniecie maratonu do października 2006.
Nie wszystko się jednak udało...
___________________________________________________________________________________

500 km - Jest już styczeń 2005 ( mój opis będzie nie kompletny i nie będzie ścisły z uwagi na pożarcie przez Okna Microsoft danych z dziennika biegowego) od dwóch miesięcy zmagam się z treningiem i chorobami powstałymi z przetrenowania czyli bezmyślnego wierzenia, że w miesiąc można stać się maratończykiem.
Nie można. A przynajmniej nie takim jakim ja chcę zostać.
W styczniu skupiłem się na poznawaniu i tworzeniu tras i lekkich treningach. Najwięcej w ciągu jednego treningu przebiegłem 16 km i był to dla mnie olbrzymi sukces. W czasie wolnym od treningów i pracy buszowałem po stronach internetowach w poszukiwaniu porad i wskazówek jak urozmaicić swój trening ( teraz wiem, że pewna wiedza przychodzi sama z czasem), zakupiłem książkę Dariusza Sidora "Ukończyć maraton" i do dziś czerpię z niej wiedzę. Jest przewertowana na wszelkie sposoby i niedługo będę musiał ją chyba zszyć.
Ten pierwszy miesiąc 2005 roku napawał mnie optymizmem, rozpocząłem wiele ciekawych projektów, które przez poprzednie lata odstawiałem do "szafy" teraz wraz ze sportem nadchodziła szansa na ich realizacje. To prawda, że im masz więcej zajęć tym potrafisz lepiej zagospodarować swój czas. Zająłem się kręceniem filmu dokumentalnego o ludziach którzy mnie otaczają, postanowiłem złożyć i wydać tomik poezji, którą amatorsko bo nie za pieniądze się param i co najważniejsze wraz z Mi Amore postanowiłem zbudować dom...

Luty i Marzec 2005 roku przebiegł na systematycznych, ale nie bardzo intensywnych treningach, głównie na wybieganiu i zmaganiu się ze śniegiem i lodem, a czasem i z siłowym pokonywaniem zasp. Jeden z ciekawszych treningów odbyłem na stadionie Górnik 06 ( nazwa od daty powstania 1906r.)w Mysłowicach - przepraszam - na boisku - nie odśnieżone 300-350 metrowe okrażenie zaliczone 20 razy w śniegu po łydki i kolana, to męczarnia a zarazem świetny wypalcza - wypluwacz. Osobiście polecam od czasu do czasu takie treningi, ale wśrod biegaczy dowiedziałem się, że bieganie po miękkim podłożu powoduje, że mięśnie mniej reagują na wysiłek w porównaniu z powierzchnią np. asfaltową. Na pewno jest w tym dużo prawdy, ale bieganie w śniegu czy cross po lesie to duża frajda. Na szczeście omijały mnie kontuzje i postanowiłem zrobić sprawdzian swoich umiejętności biegowych. Wyznaczyłem sobie rowerowy kilometr ( długość trasy wyznaczyłem wg. licznika na góralu) - trasa był asfaltowa, ale z lekkim podbiegiem x 2 - wykręciłem czas 3.55 - wtedy oznaczało to dla mnie potwierdzenie, że moge trenować dalej, gdyż pokonanie dla mnie bariery 4 minut określało wogóle sens trenowania. Już widzę jak częśc z was się uśmiecha czytając o takich słabych wynikach, ale wiem że część rozumie, że nawet najmniejszy najlichszy sukces cieszy. Wiem, że dla zawodowców lub przyszłych zawodowców moje wyniki są śmiechu warte - ale czerpię wielką przyjemność z biegania.

Jest kwiecień 2005 roku dla Polski jak i dla dużej części mieszkańców świata bedzie to miesiąć znaczący. Wypełniony smutkiem i radością zarazem, trwogą i nadziją. Czas dla każdego chrześcijanina niezapomniany. Dnia 2 kwietnia w wigilię niedzieli Miłosierdzia Bożego o 21.37 zmarł Jan Paweł II.
Każda strata niesie ze sobą smutek, ale również jest dla kogoś pewną radością - posunę się do określenia, że jest dla kogoś zyskiem. Dla mnie była ... Decyzja o przeniesieniu półmaraton w Żywcu z 3 kwietnia na 17-stego z uwagi na narodową żałobę, dała mi możliwość startu w tym biegu. Jeszcze na tydzień przed startem postanowiłem sprawdzić swój stan przygotowania - przebiegłem 5-cio kilometrowy Cross z czasem 24 minuty. Moja granica minimum 5 minut na kilometr została złamana i bez krępacji związanej ze strachem, że nie zmieszczę się w minimum 2,30h mogłem wystartować i wierzyć, że pokonam 21 097 m. Debiutancki start po takiej narodowej tragedii móglbym wzmocnić okrzykiem, że start swój dedykuję Ojcu Świętemu i to on dodawał mi sił w czasie trudnych momentów - mógłbym to zrobić i nikt nie śmiałby mi powiedzieć, że to przesada, że to szarganie imienia papieża. Mógłbym tak zakrzyknąć - ale byłoby to kłamstwo - byłem zbyt przejęty samym startem aby przylepiać sobie maski i naszywki z podobizną ryby. Ważniejsze dla mnie było, że w tym wyjeździe towarzyszył mi moj Tato Roman i przyjaciel Peter, to mi zawdzięczam ukończenie tego biegu, fakt, że swoją obecnością motywowali mnie do biegu. 17 kwietnia o godzinie 7.00 rano byliśmy już na rynku w Żywcu jeszcz na długo przed startem byłem przebrany i rozgrzewałem się podpatrując doświadczonych zawodników i tych wyglądających na zawodowców. Dziwił mnie wiek niektórych zawodników, nie sądziłem, że przed 70-ką można tak sprawnie i tak szybko się poruszać. Powiem szczerze dużo sprawniej niż ja wtedy się poruszałem. Około godziny 9.00 miał wyruszuć tłum biegaczy z rynku i z małym poślizgiem i z jakąś zmianą przy starcie tak się stało. Wystartowałem, po kilku albo kilkunastu minutach opadła nieco adrenalina i mogłem zacząć się zastanawiać jak u diabła uda mi się dobiec do tamy na zalewie ( ok 10 km ) , ale im dłużej biegłem tym biegło mi się lepiej. Cudowne było uczucie gdy ludzie stali na chodniku przed domami, kibicowali, dopingowali do wiekszego wysiłku. Początek trasy to delikatny, ale mozolny podbieg, który ciągnął się przez kilka kilometrów, na szczęście było również kilka prostych i nawet ostrych opadów trasy w stronę jezior żywieckiego. Na 10 km miałem świetny czas ( jak na moje możliwości) 53 minuty, power w nogach i dużo satysfakcji mijając kolejnych zawodników. Przyroda jednak nie była dla mnie taka łaskawa jak założyłem przed biegiem, skwar stawał się nie do zniesienia ( miałem na sobie bluzę z długim rękawem i długie, ale cienkie leginsy), a kolejne podbiegi zamieniały powietrze w wodę, a potem w smołę - gdyż moje ciało napotykało taki opór jakby rzeczywiscie nastapiła destylacja tlenu i ten skroplił się i zgęstniał. Od tego momentu to nie ja wyprzedzałem, ale mnie wyprzedzali. Zapłacilem tak zwane frycowe...
Biegnąc lub prawie idąc wiedziałem, że tak świetnego wyniku jaki się zapowiadał (np.1:45h) nie będzie, teraz pragnąłem jedynie dobiec, aby nie być ostatnim i tylko dobiec do mety.
Najgorszy był podbieg już na samym końcu - zostało może 4 km, a tu przedemną podbieg-morderca, który ciągnąl się bez końca a u szczytu zaostrzał się jeszcze bardziej. Jednak nie poddałem się i osiągnąłem szczyt, tam napiłem się wody i pełen wiary, że meta już blisko zbiegłem w stronę miasta. Zostało jeszcze ok. 1km o czym nie wiedziałem i każde 10 metrów wydawało się ciągnąć w nieskończoność, jeszcze na podbiegu wyprzedzili mnie Marzena Rzeszótko i Szymon Pitry chciałem ich dogonić, ale dystans się nie zmniejszył, biegłem już bez sił. Dopiero na 20 metrów przed metą gdy zobaczyłem końcową linie złapałem ostatni mocniejszy powiew wiatru i jak zwycięzca własnych słabosci wbiegłem na metę - witany przez Mariana Górskiego, wg. mnie Pirat jak malowany - super dziękuję Panu.
Czułem się tak wspaniale gdy otrzymywałem medal, że nie w głowie mi było myśleć o obtarciach i zmęczeniu - wiem, że zakochałem się w bieganiu i już tego nie odpuszczę.
Na mecie przywitał mnie Tato, byłem zmęczony i szczęśliwy i wiem, że w tym momencie był ze mnie dumny. Niezwykłe, że nie pamietam prawie nic z trasy biegowej, a pamiętam dokladnie całą sytuację na mecie, ale o tym może później ...

Podziel się
oceń
0
0

komentarze (7) | dodaj komentarz

Zdjęcia w galeriach.


sobota, 27 sierpnia 2016

Licznik odwiedzin:  6 546  

Kalendarz

« sierpień »
pn wt śr cz pt sb nd
01020304050607
08091011121314
15161718192021
22232425262728
293031    

Archiwum

O mnie

Urodzeni w 3 dekadzie są pod dodatkowym wpływem Uranu. Planeta ta obdarza swoich podopiecznych dużą wyobraźnią i idealizmem. Zdaniem astrologów, osoby z trzeciej dekady są najbardziej interesujące i niebanalne z całego znaku K.. Trudno przewidzieć, kiedy osoby działające dotąd logicznie i racjonalnie, wyrwą się spod własnej kontroli i zaczną burzyć dotychczasowy ład. Poprzez niszczenie istniejących struktur i więzi zyskują nowe wartości duchowe i zaczynają wszystko od początku. Wśród K. z tej dekady rodzi się wielu artystów, którzy twórcze niepokoje i wyobcowanie przenoszą na wytwory sztuki. Również z tej dekady wywodzi się liczne grono słynnych myślicieli, filozofów i teologów, gdyż zamknięte w sobie i głęboko wrażliwe K. przejawiają skłonności do abstrakcyjnych spekulacji myślowych i mistycyzmu. Potrafią też czasem zaskakiwać otoczenie nietypowym zachowaniem, oryginalnymi pomysłami, gustami i zajęciami. Niekiedy jest to zachowanie wręcz szokujące, które należy traktować jako wyraz buntu przeciw smutkowi egzystencji. Mimo że K. z tej dekady cechuje wiele odmienności, jednak pozostają one nieodrodnymi dziećmi swojego znaku. Są ambitne, wytrwałe, sumienne i skrupulatne. Każdy podjęty zamiar realizują konsekwentnie z uporem. Mają silne rozwinięte poczucie indywidualności i niezależności, a także skłonności samotnicze. Ta skłonność do izolacji powoduje, że chociaż są głęboko uczuciowe, pozostają często samotne z wyboru lub ze strachu. Potrafią jednak kochać głęboko i wiernie, choć niezwykle trudno jest im okazać swoje uczucia. W trzeciej dekadzie Koziorożca urodzili się m.in.:
Jack London – pisarz, Janusz Kusociński – lekkoatleta, Cassius Clay (Mohammad Ali) – bokser, Paul Cezanne - malarz

O moim bloogu

Niemożliwe to tylko wielkie słowo rzucone na wiatr przez maluczkich, którzy godzą się z naturalną koleją rzeczy, zamiast wykrzesać siły i ją zmienić. Niemożliwe to nie deklaracja. Niemożliwe to nie fa...

więcej...

Niemożliwe to tylko wielkie słowo rzucone na wiatr przez maluczkich, którzy godzą się z naturalną koleją rzeczy, zamiast wykrzesać siły i ją zmienić. Niemożliwe to nie deklaracja. Niemożliwe to nie fakt. To jedynie opinia. Niemożliwe to potencjał możliwości. To wyzwanie. Niemożliwe nie istnieje. Człowiek, który wypowiedział te słowa zakasał rękawy i począł oczyszczać rzekę z nieczystości, które przyniosło miasto, wydawać by się mogło, że wersy jak u Wojskiego brzmieć będą długo i echo ich daleko jeszcze bedzie pobrzmiewać. Nic bardziej mylnego. Z obłedu odsiać Słowa, Wersy i w drogę ...

schowaj...

Głosuj na bloog






zobacz wyniki

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

Statystyki

Odwiedziny: 6546

Lubię to

Więcej w serwisach WP

Bloog.pl

Bloog.pl